poniedziałek, 22 października 2012

Obława

Na "Obławę" poszedłem kompletnie nieprzygotowany. Nie wiedziałem o czym to film, nie czytałem żadnych recenzji ani nawet nie widziałem zwiastuna. Gdzieś mi się obiło o uszy, że warto, więc nie wahałem się ani chwili.

Początek świetny - partyzanci w prawdziwym i groźnym środowisku a nie ekipa wesołków z lasu, Dorociński jako wykonawca wyroków, ubrudzona Rosati w leśnym wdzianku, brud, głód i wojna. 
Pierwsza scena, egzekucji na złapanym SSmanie ze Śląska - wstrząsająca. Potem rozkaz, wędrówka kaprala Wydry w celu wyeliminowania konfidenta gestapo - zapowiada się jeszcze lepiej...

I nagle zaczyna się z filmem dziać coś dziwnego. Sceny skaczą i zapętlają się, chwilami jakby mocno bez ładu i składu, między poszczególnymi fragmentami historii. Przeplatają się ze sobą - fragment początku, coś z końca, znów początek i raz jeszcze środek historii. I tak w cyklach po kilka minut - aż do końca seansu. 

niedziela, 21 października 2012

Jesteś Bogiem

Mimo, że nie jestem fanem Paktofoniki, uznałem "Jesteś Bogiem" za film, na który iść powinienem...
W końcu to czasy mojego liceum, gdzieś tam pfk rozbrzmiewało w tle a i klimat blokowisk nie jest mi obcy ;-)

Film Leszka Dawida miał być opowieścią o muzyce, o kapeli, o codzienności, początku i końcu...
I niby tym wszystkim był, bo o Paktofonice trudno powiedzieć coś więcej. Pierwsze bity, pierwsze koncerty, płyta, popularność, kłopoty, a w finale brak happy endu.
Jednak zabrakło filmowi "tego czegoś". Ciągnie się w nieskończoność, nie wiadomo co autor chciał przekazać i po co tacała opowieść jest. Bo w sumie ani to ujęcie biograficzne ani z jakimkolwiek morałem.
Brakuje polotu, brakuje dużej ilości ganji, brakuje muzyki, brakuje również (ponoć potężnej) dawki psychopatyczności Magika. 
I film trwa, i trwa, i nabiera coraz bardziej absurdalnego wydźwięku -  przez nielogiczne postaci głównych bohaterów, brak jakiekolwiek uzasadnienia większości ich działań oraz przez dłużyzny, których w filmie nie brakuje.

W drodze

Przyznaję - nie czytałem książki Jacka Kerouaca, na podstawie której powstał film "W drodze". Jednak samo bycie "w drodze" jest mi na tyle bliskie, że nie mogłem odpuścić...

Jest to opowieść o środowisku poetów i włóczęgów, którzy przemierzają USA przełomu lat '40 i '50 XX wieku, w poszukiwaniu sensu życia, przygód, zabawy i nowych doznań. Do tego bohaterowie przekraczają granice amerykańskiej mentalności mieszczańskiej, próbując jednocześnie odnaleźć samych siebie.

Film więc pędzi. Raz wolniej, raz szybciej, próbując utrzymać widza w hipnotyczno-narkotykowym transie i dzieląc historię na epizody, w których wracają do swoich portów i znów wyruszają gnani chęcią zabawy i jednocześnie poszukiwaniem inspiracji...

Tyle tylko, że Ci kontestatorzy chwilami wypadają dość miałko a całość przypomina za długi ambientowy teledysk...

Zakochani w Rzymie

"Zakochani w Rzymie", ostatnia produkcja Woody'ego Allena, ma u mnie ten problem, że kilka tygodni po jej obejrzeniu, niewiele pamiętam... Czyli wynika z tego, że zachwyt nad filmem był tyle szczery, co krótkotrwały...

Sam film to dużo ironii, dużo Rzymu i dużo przeplatających się wątków. Trochę o miłości, trochę o cnotliwości, trochę o zderzeniu kultur i nieco o współczesnych celebrytach.

Wszystko wymieszane w typowo Allenowym sosie - z odpowiednią dawką humoru i cynizmu, z absurdalnymi woltami w fabule i dość poplątanymi losami głównych bohaterów. Zwłaszcza jeśli chodzi o ich przygody miłosne i niezgodności charakterów...

Film, co w sumie dość oczywiste patrząc na listę płac, wyciągają również aktorzy, którzy bardzo dobrze sprawdzają się w powierzonych im rolach. Najlepszy jest chyba Roberto Benigni, w roli przypadkowego celebryty. Mam taką słabość do niego, że samo pojawienie się Leopoldo na ekranie wywołało uśmiech. 

sobota, 20 października 2012

Ted

Nie wiem dlaczego, ale "Ted" przyzywał mnie do sali kinowej od obejrzenia pierwszego zwiastuna...

Co bardziej zaskakujące: całe życie nie byłem targetem dla głupkowatych amerykańskich komedii... No i nie byłem fanem Marka Wahlberga, który (chcąc nie chcąc) zawsze kojarzył mi się będzie z pseudorapującym Marky Markiem a nie aktorstwem ;-)

Niemniej jednak film obejrzałem i nie żałuję... :-) Opowieść o dorosłym facecie, który dzieli życie z pluszowym misiem i wciąż nie chce dorosnąć, była jak cudowna odtrutka na codzienność. Zwłaszcza, że ów miś nie jest przytulną zabawką a lekko zdegenerowanym pijakiem, ćpunem i zboczeńcem a główny ludzki bohater jest tak uroczo niepozbierany, jak tylko faceci po trzydziestce potrafią być.
Na dodatek w fabule co chwilę pojawiają się nawiązania do "Flasha Gordona", filmu, który jest tak nieprawdopodobnym gniotem, że ciężko uwierzyć, że istnieje naprawdę :-)

Merida Waleczna

Przyznaję, że mam słabość do bajek i animacji. Niezależnie od wieku, niezależnie od zrycia głowy. A "Merida Waleczna" jawiła się już ze zwiastunów jako coś, czego nawet zgrzybiały i dawny fan fantasy przepuścić nie może :-)

No i przelała się przed moimi oczyma uroczo skonstruowana opowieść w klimatach udających średniowieczną Szkocję :-) I do tego historia uroczej, rudej dziewoi, która odmawiając zamążpójścia, wywraca całe królestwo do góry nogami - ah, czegóż chcieć więcej?

Cała galeria bohaterów, którzy przewijają się przez film ma w sobie uroczą lekkość, jednocześnie nie przestając być pełnokrwistymi postaciami. Film przy okazji tryska humorem i nienachalnym moralizatorstwem...

No dobra, nachalne pod koniec już jest ("słuchaj rodziców, bla, bla, bla") , ale i tak nie psuje to odbioru całej opowieści