sobota, 26 stycznia 2013

Estonia cz. 3 - Parnu (Pärnu)

Kolejnym etapem eskapady estońskiej było miasto Pärnu. Kolejna miejscowość, która poza sezonem urlopowo-wakacyjnym jest na wpół wymarła... No cóż - miano "letniej stolicy" zobowiązuje do wiosennego marazmu ;-)

Samo centrum jest dość małe - zwiedzenie całości zajęło nam niewiele ponad dwie godziny. Ale warto było - bo przestrzeń urokliwa :-)

Miejscowe SPA, najstarsze w mieście

piątek, 25 stycznia 2013

Holy Motors

Na otwarcie filmowego roku 2013 trafił się film "Holy Motors" i od razu był to strzał w dziesiątkę :-) 

Ciężko o nim cokolwiek rozsądnego napisać - fabuła jest zlepkiem dziwnych "przebieranek" człowiek jeżdżącego limuzyną, konwencja zmienia się co chwilę a ilość surrealistycznych wątków i ich przemieszanie powodują, że mózg po wyjściu z sali kinowej przypomina galaretę...

I dokładnie tego należy się po "Holy Motors" spodziewać - nic tam nie ma do końca sensu, nic nie jest wyjaśnione i praktycznie nic nie ma ani początku ani końca... :-) Ale za to genialnie się ogląda - warsztat reżyserski, scenografia i gra aktorów (nawet Kylie Minogue!) są tak rewelacyjne, że nie można oderwać wzroku od ekranu...
Nawet w chwilach gdy nie ma się pewności, czy aby na pewno autor filmu jest zdrowy psychicznie... ;-)

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Estonia cz.2 - Kuressaare (Saaremaa)

Ciąg dalszy eskapady Estońskiej zawiódł nas na wyspę Saaremaa. Bladym świtem wyruszyliśmy w podróż autobusem z Tallina, który wwiózł nas również na prom (w cenie biletu) :-)


W stolicy wyspy, mieście Kuressaare, poza sezonem jest tak sennie jak w Łebie czy Władysławowie. Podobno latem trwa tam nieustanny gwar i ruch a tymczasem wiosną była to miejscowość na pół wymarła :-) Spotkaliśmy naszych CouchSurfingowych hostów, którzy pokazali nam swój kawałek świata...

niedziela, 13 stycznia 2013

Zrób sobie raj

Kończąc kulturalne podsumowanie ubiegłego roku muszę jeszcze wspomnieć o "Zrób sobie raj" - przedstawieniu, które miałem wątpliwą przyjemność obejrzeć na deskach Teatru Studio.

Niby napisano scenariusz na podstawie książki Mariusza Szczygła (którego reportaże uwielbiam), poklejono jakieś wątki, całość wrzucono w scenografię krematorium i miał wyjść (chyba?!) portret współczesnych Czechów. Albo Czech. Albo może i całej ateizującej Europy.

Nie wiem co miało, wiem co wyszło - GNIOT. Gniot tak straszny, że połowa widowni wyszła w trakcie spektaklu a oklaski na koniec ograniczyły się do pojedynczych "kląśnięć", wydanych bardziej z przyzwyczajenia niż z wdzięczności aktorom.

"Zrób sobie raj" nie zasługuje na to żeby poświęcić mu te półtorej czy dwie godziny. Reżyserski same (co przyznały w jakimś wywiadzie) nie wiedzą o czym to jest sztuka a aktorzy nie bardzo wiedzą co grają. Do ogólnego bełkotu o wierze i umieraniu doklejono mnóstwo zdań bez sensu oraz połączono wszystko wodewilowymi wkrętami pod postacią czterech tańczących przygłupów oraz postacią Jozuy, który w sumie nie wiadomo po co kręci się po scenie.

Miłość

"Miłość" to najcięższy i najsmutniejszy film, który obejrzałem w 2012 roku. Poszedłem nań bez żadnej wiedzy o tym co będę oglądał... I wbiło mnie w fotel na dwie godziny. A potem jeszcze na kilka dni...

Opowieść o starszym małżeństwie, które pod koniec życia musi zmierzyć się z chorobą i powolnym rozstawaniem oraz tym, co zda się najgorsze - bezsilnością, zapada w mózg i każe samemu zmierzyć się z tematyką poruszaną w filmie.

Całość wyreżyserowana i zagrana jest świetnie, człowiek wręcz czuje się jak podglądacz, obserwując zmagania bohaterów. Do tego niebagatelną rolę odgrywa muzyka, która towarzyszy nam przez cały seans. Bo wszystko odbywa się bez wielkich słów, bez spektakularnych scen, nieustannie w scenografii jednego mieszkania...

Co jest jednak w tym filmie najokrutniejsze to zderzenie własnych myśli o nadchodzącą starości i utracie najbliższych....

piątek, 11 stycznia 2013

Przewodnik po Belgradzie z piosenką weselną i pogrzebową

Mam ogromną słabość do miasta w którym jeszcze nie byłem, więc gdy ujrzałem na plakacie tytuł "Przewodnik po Belgradzie z piosenką weselną i pogrzebową" poszedłem do kina pełen nadziei na dobry film... :-) Liczyłem (w swej naiwności) na obraz współczesnej Serbii wraz z belgradzkimi emocjami, podaną jako satyrę (co twierdziły serwisy filmowe)...

No i nie było tak uroczo ;-) Film to cztery historie o miłości, z których żadna nie jest zabawna a wszystkie trącą potężnym smutkiem... Ot, rozbity na etiudy melodramat, przetykany absurdalnymi piosenkami w wykonaniu "postaci z tła" - policjantów, hotelowych sprzątaczek i strażaków...

Przy okazji każda z opowieści wygląda, jakby miała być wstępem do osobnego filmu - ponieważ nie ma między nimi żadnego połączenia, żadnej klamry, która spinałaby te historie. Ot, takie tam etiudy o smutnej miłości...

wtorek, 8 stycznia 2013

Samsara

"Samsarę" chciałem zobaczyć odkąd usłyszałem o tym filmie. Ot, jeździł sobie pan Ron Fricke przez pięć lat po świecie z kamerą 70 mm i filmował, filmował, filmował...
A potem poprosił panią Lisę Gerard z Dead Can Dance, żeby stworzyła do tego oprawę muzyczną...

Dzięki temu, przez ponad półtorej godziny oglądamy różne, hipnotyzujące aspekty świata. Wędrujemy od zabytków, przez codzienność po zdehumanizowane fabryki - ale wszystko bez zbędnych słów, bez dodatkowego komentarza, bez narracji. I jedyną opcją pozostaje poddać się hipnotycznej mocy obrazu...

Przez półtorej godziny tylko wzrok i słuch wiodą nas przez planetę, ukazując zarówno piękno natury i ludzkich budowli jak i zniszczenia dokonywane każdego dnia. Wsiąka się w to, zatapia, poddaje w każdej sekundzie... I to zarówno widząc starożytne azjatyckie świątynie, jak i współczesne rzeźnie...