Ciąg dalszy weekendu podkarpackiego zaowocował wycieczką do Łańcuta. Zawsze było tam strasznie daleko, więc nie dało się wcześniej zweryfikować pojawiających się czasem zachwytów na temat tego miasteczka a dokładnie na temat miejscowej atrakcji - Zamku Lubomirskich.
Pojechaliśmy z Rzeszowa pociągiem i po wyjściu przed łańcucki dworzec pojawił się ogromny zgrzyt - GDZIE IŚĆ... Wokół żadnej informacji, żadnej strzałki, prawie brak żywego człowieka a naprzeciw tylko miejscowy Polmosu (niestety, niedostępny dla postronnych).
W końcu, podpytując nielicznych przechodniów, udało się ustalić kierunek marszu, ale chciałbym bardzo serdecznie "pogratulować" władzom Łańcuta za kompletne ignorowanie potencjalnych turystów.
Na zamku jest bardzo podobnie - bilet kupuje się w zupełnie oddzielnym budynku, poza terenem zabytku właściwego i dopiero stamtąd rusza się na zwiedzanie. A strzałek czy informacji: brak. Chyba tylko dzięki przesympatycznemu strażnikowi udało nam się nie błądzić i nie snuć po okolicy w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: "jak tam się, kurde, wchodzi?".
Do tego wszystkiego należy dorzucić jeszcze najgorszą kawę świata w miejscowej storczykarni (czegoś tak ohydnego nie podaje się nawet w dworcowych barach)...
Nie zapominajmy również o relikcie ubiegłego stulecia - w muzeum należy założyć filcowe, wydeptane papcie. Obuwie zmienne pamiętane jeszcze z wczesnopodstawówkowych wyjść klasowych do instytucji kultury ;-) Jedna rzecz się nie zmieniła od zamierzchłych czasów - rewelacyjnie ślizga się w nich po marmurowych podłogach ;-)
Sam zamek okazał się być (na szczęście) godzien pieśni pochwalnych na swój temat. Jest bardzo ładny, zadbany i z bardzo ciekawą wystawą we wnętrzu. A wokół ogrody i park - kolejne wzorcowe miejsce na zdjęcia ślubne ;-)
Pojechaliśmy z Rzeszowa pociągiem i po wyjściu przed łańcucki dworzec pojawił się ogromny zgrzyt - GDZIE IŚĆ... Wokół żadnej informacji, żadnej strzałki, prawie brak żywego człowieka a naprzeciw tylko miejscowy Polmosu (niestety, niedostępny dla postronnych).
W końcu, podpytując nielicznych przechodniów, udało się ustalić kierunek marszu, ale chciałbym bardzo serdecznie "pogratulować" władzom Łańcuta za kompletne ignorowanie potencjalnych turystów.
Na zamku jest bardzo podobnie - bilet kupuje się w zupełnie oddzielnym budynku, poza terenem zabytku właściwego i dopiero stamtąd rusza się na zwiedzanie. A strzałek czy informacji: brak. Chyba tylko dzięki przesympatycznemu strażnikowi udało nam się nie błądzić i nie snuć po okolicy w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: "jak tam się, kurde, wchodzi?".
Do tego wszystkiego należy dorzucić jeszcze najgorszą kawę świata w miejscowej storczykarni (czegoś tak ohydnego nie podaje się nawet w dworcowych barach)...
Nie zapominajmy również o relikcie ubiegłego stulecia - w muzeum należy założyć filcowe, wydeptane papcie. Obuwie zmienne pamiętane jeszcze z wczesnopodstawówkowych wyjść klasowych do instytucji kultury ;-) Jedna rzecz się nie zmieniła od zamierzchłych czasów - rewelacyjnie ślizga się w nich po marmurowych podłogach ;-)
Sam zamek okazał się być (na szczęście) godzien pieśni pochwalnych na swój temat. Jest bardzo ładny, zadbany i z bardzo ciekawą wystawą we wnętrzu. A wokół ogrody i park - kolejne wzorcowe miejsce na zdjęcia ślubne ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz