piątek, 28 grudnia 2012

Atlas Chmur

Podobno jest taka książka "Atlas Chmur", na podstawie której rodzeństwo Wachowscy w towarzystwie pana Tykwera postanowili nakręcić film. Nie wiem, nie znam się, poszedłem bez literackiej podkładki... ;-)

Przez 3 godziny miotamy się z głównymi bohaterami przez czas i przestrzeń, niesieni przez nagromadzenie wątków i historii, pojawiając się to w przeszłości to w odległej przyszłości i wciąż doświadczając podobnego deja vu, że to już wszystko było...

Bo optycznie film ładny, każdy wątek z osobna zasługuje na obejrzenie, ale, cholera, wszystko wymieszane razem, podane z sosem z teorii wpływu zdarzeń na siebie oraz sporą dawką brutalności generuje potrawę dość ciężko strawną. Chwilami ma się wrażenie, że ogląda się pięć czy sześć filmów, pociętych w losowo wybrany sposób i zmiksowanych w jedno dzieło...

sobota, 17 listopada 2012

Estonia cz.1 - Tallin (V) - poza centrum

Miała być wielka wyprawa tramwajem do (prawie) podmiejskich pałaców. Po szczegółowym sprawdzeniu czym tam dojechać, uwzględniając wszelkie potencjalne niespodzianki i zaburzenia orientacji wsiedliśmy w tramwaj. Przygoda wisiała w powietrzu...!
Dziesięć minut później i pięć przystanków dalej... byliśmy na miejscu ;-)



Estonia cz.1 - Tallin (IV) - Stare Miasto

Po długiej przerwie czas wrócić do pisania o Estonii ;-)
Dla tych, którzy nie pamiętają poprzednich wpisów - Pierwsza Część ;-)

Dalszy ciąg spaceru przez tallińską starówkę jest kolejnym momentem zatracania się w mieście - w jego uroczych uliczkach, wśród zabytków, tłumów ludzi i knajp wszelakich...

Pięknie tam!


poniedziałek, 22 października 2012

Obława

Na "Obławę" poszedłem kompletnie nieprzygotowany. Nie wiedziałem o czym to film, nie czytałem żadnych recenzji ani nawet nie widziałem zwiastuna. Gdzieś mi się obiło o uszy, że warto, więc nie wahałem się ani chwili.

Początek świetny - partyzanci w prawdziwym i groźnym środowisku a nie ekipa wesołków z lasu, Dorociński jako wykonawca wyroków, ubrudzona Rosati w leśnym wdzianku, brud, głód i wojna. 
Pierwsza scena, egzekucji na złapanym SSmanie ze Śląska - wstrząsająca. Potem rozkaz, wędrówka kaprala Wydry w celu wyeliminowania konfidenta gestapo - zapowiada się jeszcze lepiej...

I nagle zaczyna się z filmem dziać coś dziwnego. Sceny skaczą i zapętlają się, chwilami jakby mocno bez ładu i składu, między poszczególnymi fragmentami historii. Przeplatają się ze sobą - fragment początku, coś z końca, znów początek i raz jeszcze środek historii. I tak w cyklach po kilka minut - aż do końca seansu. 

niedziela, 21 października 2012

Jesteś Bogiem

Mimo, że nie jestem fanem Paktofoniki, uznałem "Jesteś Bogiem" za film, na który iść powinienem...
W końcu to czasy mojego liceum, gdzieś tam pfk rozbrzmiewało w tle a i klimat blokowisk nie jest mi obcy ;-)

Film Leszka Dawida miał być opowieścią o muzyce, o kapeli, o codzienności, początku i końcu...
I niby tym wszystkim był, bo o Paktofonice trudno powiedzieć coś więcej. Pierwsze bity, pierwsze koncerty, płyta, popularność, kłopoty, a w finale brak happy endu.
Jednak zabrakło filmowi "tego czegoś". Ciągnie się w nieskończoność, nie wiadomo co autor chciał przekazać i po co tacała opowieść jest. Bo w sumie ani to ujęcie biograficzne ani z jakimkolwiek morałem.
Brakuje polotu, brakuje dużej ilości ganji, brakuje muzyki, brakuje również (ponoć potężnej) dawki psychopatyczności Magika. 
I film trwa, i trwa, i nabiera coraz bardziej absurdalnego wydźwięku -  przez nielogiczne postaci głównych bohaterów, brak jakiekolwiek uzasadnienia większości ich działań oraz przez dłużyzny, których w filmie nie brakuje.

W drodze

Przyznaję - nie czytałem książki Jacka Kerouaca, na podstawie której powstał film "W drodze". Jednak samo bycie "w drodze" jest mi na tyle bliskie, że nie mogłem odpuścić...

Jest to opowieść o środowisku poetów i włóczęgów, którzy przemierzają USA przełomu lat '40 i '50 XX wieku, w poszukiwaniu sensu życia, przygód, zabawy i nowych doznań. Do tego bohaterowie przekraczają granice amerykańskiej mentalności mieszczańskiej, próbując jednocześnie odnaleźć samych siebie.

Film więc pędzi. Raz wolniej, raz szybciej, próbując utrzymać widza w hipnotyczno-narkotykowym transie i dzieląc historię na epizody, w których wracają do swoich portów i znów wyruszają gnani chęcią zabawy i jednocześnie poszukiwaniem inspiracji...

Tyle tylko, że Ci kontestatorzy chwilami wypadają dość miałko a całość przypomina za długi ambientowy teledysk...

Zakochani w Rzymie

"Zakochani w Rzymie", ostatnia produkcja Woody'ego Allena, ma u mnie ten problem, że kilka tygodni po jej obejrzeniu, niewiele pamiętam... Czyli wynika z tego, że zachwyt nad filmem był tyle szczery, co krótkotrwały...

Sam film to dużo ironii, dużo Rzymu i dużo przeplatających się wątków. Trochę o miłości, trochę o cnotliwości, trochę o zderzeniu kultur i nieco o współczesnych celebrytach.

Wszystko wymieszane w typowo Allenowym sosie - z odpowiednią dawką humoru i cynizmu, z absurdalnymi woltami w fabule i dość poplątanymi losami głównych bohaterów. Zwłaszcza jeśli chodzi o ich przygody miłosne i niezgodności charakterów...

Film, co w sumie dość oczywiste patrząc na listę płac, wyciągają również aktorzy, którzy bardzo dobrze sprawdzają się w powierzonych im rolach. Najlepszy jest chyba Roberto Benigni, w roli przypadkowego celebryty. Mam taką słabość do niego, że samo pojawienie się Leopoldo na ekranie wywołało uśmiech. 

sobota, 20 października 2012

Ted

Nie wiem dlaczego, ale "Ted" przyzywał mnie do sali kinowej od obejrzenia pierwszego zwiastuna...

Co bardziej zaskakujące: całe życie nie byłem targetem dla głupkowatych amerykańskich komedii... No i nie byłem fanem Marka Wahlberga, który (chcąc nie chcąc) zawsze kojarzył mi się będzie z pseudorapującym Marky Markiem a nie aktorstwem ;-)

Niemniej jednak film obejrzałem i nie żałuję... :-) Opowieść o dorosłym facecie, który dzieli życie z pluszowym misiem i wciąż nie chce dorosnąć, była jak cudowna odtrutka na codzienność. Zwłaszcza, że ów miś nie jest przytulną zabawką a lekko zdegenerowanym pijakiem, ćpunem i zboczeńcem a główny ludzki bohater jest tak uroczo niepozbierany, jak tylko faceci po trzydziestce potrafią być.
Na dodatek w fabule co chwilę pojawiają się nawiązania do "Flasha Gordona", filmu, który jest tak nieprawdopodobnym gniotem, że ciężko uwierzyć, że istnieje naprawdę :-)

Merida Waleczna

Przyznaję, że mam słabość do bajek i animacji. Niezależnie od wieku, niezależnie od zrycia głowy. A "Merida Waleczna" jawiła się już ze zwiastunów jako coś, czego nawet zgrzybiały i dawny fan fantasy przepuścić nie może :-)

No i przelała się przed moimi oczyma uroczo skonstruowana opowieść w klimatach udających średniowieczną Szkocję :-) I do tego historia uroczej, rudej dziewoi, która odmawiając zamążpójścia, wywraca całe królestwo do góry nogami - ah, czegóż chcieć więcej?

Cała galeria bohaterów, którzy przewijają się przez film ma w sobie uroczą lekkość, jednocześnie nie przestając być pełnokrwistymi postaciami. Film przy okazji tryska humorem i nienachalnym moralizatorstwem...

No dobra, nachalne pod koniec już jest ("słuchaj rodziców, bla, bla, bla") , ale i tak nie psuje to odbioru całej opowieści

czwartek, 6 września 2012

Madagaskar 3

Jakoś tak znów padło na bajkę ;-) Tym razem "Madagaskar 3" - coby zobaczyć dalsze przygody zwierząt z nowojorskiego zoo.

I znów nie ma co o filmie pisać. Bo jest zabawny, jest animowany i przez 1,5 godziny dostarcza dużej dawki rozrywki. 

Tylko znów mam tę samą prośbę co przy czwartej części "Epoki lodowcowej": nie róbcie już kolejnej części. Już dość, już wystarczy... 
Bo film nie ma już tej świeżości, która tak bardzo porywała w pierwszej odsłonie przygód a i żarty jakby mniej zabawne i chwilami dopisywane na siłę. 
No i dlaczego, do cholery, jest tak mało Króla Juliana? (chociaż za scenę w Watykanie należy mu się Oskar) ;-)

Ogólnie: warto pójść i zobaczyć. Warto odmóżdżyć się przez jakąś chwilę. Nie warto czekać na kolejną część. Co mogło zostać powiedziane - już zostało, każda następna odsłona będzie tylko nieudolną kalką... :-)

środa, 5 września 2012

Wrong

"Wrong" to jeden z tych filmów które sprawiają, że po wyjściu z kina zadaję sobie pytanie "Co ja, do cholery, właśnie obejrzałem?!?!" ;-)

Uwielbiam absurd, surrealizm i abstrakcję a tak reklamowa właśnie ów film. 

I nie wiem już co o nim pisać. Bo to film z gatunku: reżyser chciał zrobić coś śmiesznego, ale używki za bardzo zjadły mu mózg, więc zamiast Monty Pythona wyszło mi coś równie śmiesznego jak "Gulczas, a jak myślisz?". Zabrakło wyczucia, zabrakło smaku, zabrakło poczucia humoru...

A może to ja nie jestem targetem? ;-)

Jak na film surrealistyczny - za mało surrealizmu, jak na komedię - za mało śmiesznie, jak na film fabularny - zbyt liniowy, po reakcjach widowni wnoszę, że dla hipsterów był to produkt zbyt mainstramowy ;-)

Batman: Mroczny Rycerz powstaje

Od czasów "Batmana" w wersji Tima Burtona, z pamiętnym Jackiem Nickolsonem w roli Jokera, mam dziwną słabość względem tego superbohatera. Nie zabiły jej nawet wszystkie kolejne części, które określić mogę tylko mianem słabe. Dopiero "Mroczny Rycerz" w reżyserii Christophera Nolana przywrócił całą serię na właściwe tory, nadając całości konkretnego, mrocznego wyglądu.
(O fenomenie Heatha Ledgera jako Jokera (znów Joker!!!) pisał nie będę bo to już uczynili wszyscy)

Na "Mroczny Rycerz powstaje" poszedłem pełen nadziei na kontynuację pewnej stylistyki, która nadawała ton poprzedniej części. Liczyłem na utrzymanie mrocznej konwencji i niesztampowej opowieści, czarującej wizją Gotham City.

Ale, jak głosi powiedzenie - lepsze jest wrogiem dobrego... Niestety...

środa, 22 sierpnia 2012

Epoka Lodowcowa 4

Nie umiem chyba za dużo napisać o tym filmie. Bo to kolejna część. Bo jest niezmiennie zabawna. Bo każdy opisany gag mógłby zepsuć komuś oglądanie :-)

Ale ogromne brawa dla twórców :-) Animacja nadal stoi na wysokim poziomie, bohaterowie pojawiają się coraz bardziej absurdalni a fabuła w swej abstrakcyjności powoli dociera do granic możliwości... :-)

Czy warto? Pewnie że TAK ;-) 

Tym bardziej że i polska wersja językowa znów pokazuje, że i nam się czasem coś udaje zrobić dobrze ;-) 

Idealne  1,5 godziny relaksu, uśmiechu i przeniesienia w czas zlodowaceń... 

Hotel Marigold

"Hotel Marigold" jest jednym z tych filmów, które po miesiącu z ledwością jestem w stanie sobie przypomnieć... :-)

No dobra, historia brytyjskich emerytach, którzy jadą do Indii, aby zacząć żyć w czymś w rodzaju 'domu starców'... Jadą tam z różnych przyczyn, z różnym nastawieniem i w zupełnie innym celu. Ale jadą. Docierają. Gmatwają im się losy. Ktoś umiera. Ktoś odnajduje sens życia. Ktoś się z kimś schodzi a inni się rozstają. I tyle. Trochę jak w telenoweli...

Cała historia trąci paskudnym banałem, przewidywalnością i sztampą a do tego Indie potraktowane są okropnie powierzchownie (w układzie straszna bieda - piękne kolory) i stanowią tylko element tła...

I po raz pierwszy nawet brytyjscy aktorzy nie ratują filmu. Nie są w stanie pomóc tej bajce w przejściu na jakiekolwiek wyżyny sztuki filmowej. 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Faceci od Kuchni

Nazwisko Jeana Reno i renoma francuskich komedii ostatnich lat miały być rekomendacją samą w sobie, żeby pójść na "Facetów od Kuchni". Spodziewałem się czegoś nie tyle wybitnego co inteligentnego i zabawnego jednocześnie...

I się przeliczyłem... Znów...

Film nie jest zły, tego o nim nie powiem. Jest jednak bardzo, bardzo płytki, powierzchowny, utrzymany w klimacie kina wręcz familijnego i uroczo głupkowatego. Panowie miotają się po kuchni, w tle przewijają się zakochane kobiety a wszystko polane jest sosem z nadciągających krytyków kulinarnych.

I tyle...
Niczego więcej w tym filmie nie ma. Trochę humoru, bardzo prosta historia, banalne a wręcz papierowe postaci i kuchnia pokazana bez wyrazu. Nawet aktorzy sprawiają wrażenie, jakby "odbębniali" zlecone role, bez przesadnego zaangażowania, bez przesadnego polotu... W sumie szkoda bo w opowiedzianej tu historii tkwi niezły potencjał - zwłaszcza na fali popularności programów kulinarnych i światowej fascynacji kucharzami-celebrytami :-)

sobota, 28 lipca 2012

2 dni w Nowym Jorku

Uwielbiam takie plakaty filmowe, na których ktoś podciera sobie tyłek cudzym nazwiskiem. Tak jak w przypadku "2 dni w Nowym Jorku", gdzie krzyczano z afisza "Woody Allen na obcasach"... :-)

Na miejscu Allena bym się obraził...

Film da się obejrzeć - temu nie zaprzeczę. Jest to zabawna komedyjka o różnicach kulturowych między francuzami a amerykanami. Bo ci pierwsi przyjeżdżają do Nowego Jorku i wywołują całą masę krytycznych sytuacji i pomniejszych końców świata. A zaś autochtoni też są jacyś tacy skomplikowani i dzięki temu otrzymujemy wybuchową mieszankę absurdalnych sytuacji, gagów i nieporozumień.

Czy to jednak wystarczająca mikstura, żeby coś zostało w głowie?

Ogląda się "2 dni w Nowym Jorku" z niekłamaną przyjemnością. I pośmiać się można i dowcip na całkiem przyzwoitym poziomie ale jednak brakuje filmowi czegoś, co sprawiłoby żeby zapadł w pamięć.

piątek, 27 lipca 2012

Ave

"Ave" to kino drogi rodem z Bułgarii. Już samo to powinno zastanowić przed zakupem biletu. No bo czy ktoś zna dokonania bułgarskiej kinematografii? Czy znana jest sofijska szkoła dramaturgii? I kim jest Konstantin Bojanov? :-)

Był to jednak bardzo dobry wybór... 

Film jest opowieścią o dwójce młodych ludzi, którzy przemieszczają się autostopem przez bułgarską prowincję. Daleko od Złotych Piasków i turystycznych zagłębi toczy się prawdziwe życie - pełne dziwnych postaci, niedopałków i niedomówień...
Ale to właśnie tam są ludzie z krwi i kości, tam są emocje, tam jest niekoloryzowany obraz świata.

Możemy oglądać nieprzeintelektualizowaną i świeżą opowieść o drodze i dojrzewaniu. A może o dojrzewaniu w drodze? Albo po prostu o trudnej młodości? 

Całą historia składa się z epizodów rozrzuconych pomiędzy środkami transportu a krótkotrwałym "cumowaniem" w bardziej statycznych przestrzeniach.

niedziela, 22 lipca 2012

Valhalla: Mroczny wojownik

Kolejne "świeże" odkrycie kinowe - film z 2009 roku, który premierę nad Wisłą ma raptem 3 lata później. 
Ale w sumie, po obejrzeniu, nie dziwię się, że nie było chętnych żeby udostępnić w kinach takie "dzieło" ;-)

Historia jest taka: jakiś gość, trzymany w klatce, tłucze się z jakimiś innymi facetami. I nie ma oka (ah, ah, to jak u Odyna). A potem ucieka, zabija i spotyka jeszcze innych gości.
Albo to są krzyżowcy płynący drakkarem albo wikingowie płynący do Palestyny. Jakoś tak od bardzo logicznie. Alternatywnie logicznie ;-)

No ale płyną, płyną, płyną i dopływają. Do Ameryki. Tam zabijają ich Indianie.

I koniec.

Fabuła od czapy, przemoc dosłowna, widoki zamglone, muzyka usypiająca a po filmie nadal zadaję sobie pytanie "dlaczego nie wyszedłem w połowie?" ;-)

czwartek, 19 lipca 2012

Trzy

Dwa lata po premierze w innych częściach świata "Trzy" dotarło i do Polski ;-)

I nie bardzo wiem po co... ;-) Bo dostaliśmy długi i chaotyczny film o nie-do-końca-klasycznym trójkącie. On, ona i jeszcze jeden on przeplatają się w łóżku i w codzienności.  Przez kilkadziesiąt minut zdradzają, mijają, schodzą, rozchodzą, psują swój świat i budują nowy...

Ale jakoś tak strasznie to nieposkładane. Film pędzi jak teledysk, nie pozwalając zatrzymać się na dłużej i chociaż pomyśleć o tym co właśnie widzieliśmy na ekranie.
I w sumie nie do końca można ustalić o czym ten film jest. Trochę o seksie, trochę o relacjach, trochę o nieudolnych próbach bycia dojrzałymi, nieco o zdradzaniu ale wszystkiego tam albo za dużo albo za mało... Proporcje rozmywają się tak bardzo, że już po godzinie ogląda się to już bez głębszego zastanowienia.

Ot, kolejna "odfajkowana" wizyta w kinie.

Najsamotniejsza z planet

Film "Najsamotniejsza z Planet" miał być opowieścią o backpackerach wędrujących przez Gruzję. Miał być historią ciekawą, podróżniczą, lekko miłosną i bardzo turystyczną. Miał być filmem drogi i filmem o drodze.
Miał być tym wszystkim.
Nie był...!

Przez prawie dwie godziny towarzyszymy dwójce głównych bohaterów i ich przewodnikowi, gdy idą. Podobno jest to Kaukaz, ale pokazany tak, że równie dobrze mogliby chodzić wokół jednego zielonego pagórka...
Ujęcia długie, monotonne i bez sensu. 
Bohaterowie gdzieś idą, coś bredzą a następnie zaczynają zachowywać się conajmniej nieracjonalnie. On wpada w panikę, ona strzela focha ale i tak idą dalej. 
No bo cóż innego im pozostało...? ;-)

A na koniec nigdzie nie dochodzą a ja prawie wychodzę ;-) 
Już dawno nie widziałem niczego tak nudnego, tak bez polotu. To nie jest kino drogi.
To nie jest opowieść o wędrówce.

niedziela, 17 czerwca 2012

Estonia cz. 1 - Tallin (III) - wzgórze Toompea

Wzgórze Toompea, jak sama nazwa wskazuje wymaga wdrapania się pod górkę ;-) Na szczycie jednak rozpościera się kolejny zabytkowy fragment miejskiej tkanki, z kościołami, cerkwią a dodatkowo okraszony panoramą reszty miasta (co pokazywałem już TU).



niedziela, 10 czerwca 2012

Estonia cz. 1 - Tallin (II) - pierwsze kroki

Dzień drugi: Nastrój jest, mapa i przewodnik są, aparat jest, kaca nie ma - można iść... ;-)

Spacer po Tallinie to czysta przyjemność - plątanina uliczek, wszędzie historyczna zabudowa, mnóstwo knajp i knajpeczek... A gdy człowiek się zmęczy może przysiąść gdzieś na piwie czy kawie i chłonąć atmosferę miasta.
A przyznać trzeba, że energia jest wręcz nieprawdopodobna. Tam po prostu chce się być. I nie liczy się nic poza tu i teraz. :-)
Zabijają jedynie ceny, kompletnie nieadekwatne do polskich zarobków. Da się jednak i to ominąć, stołując się w marketach albo robiąc wywiad u miejscowych na temat tańszych jadłodajni ;-) Dla chcącego nic trudnego...

poniedziałek, 14 maja 2012

Estonia cz. 1 - Tallin (I) - wstęp

Majówka w Estonii? Czemu nie!
Podbić Tallinn (pisany też jako Tallin) LOTem? Czemu nie!

Podróż: Mniej niż 1,5 godziny w samolocie i już się jest w Tallinnie :-) Przy dobrej okazji cenowej jest to opcja tańsza niż 2 klasa w pociągu InterCity na trasie Warszawa-Wrocław. A odległość jest nieporównywalna - w sumie ponad 1000 kilometrów.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Wszystkie odloty Cheyenne'a

Po długiej przerwie kinowej, obejrzenie "Wszystkich odlotów Cheyenne'a" było jak balsam na duszę...

Bo nie umiem inaczej ustosunkować się do opowieści o smutnym, podstarzałym rockmanie, który wyrusza odnaleźć samego siebie i zmierzyć się z rodzinną przeszłością.

W tle świetna muzyka, opowieść po prostu płynie a Sean Penn jest genialny w odtwarzaniu postaci głównego bohatera... :-)

I może fabuła trochę się rozłazi, może i główny wątek chwilami przypomina jakąś na siłę opowiadaną historię, w którą zwyczajnie nie chce się wierzyć, ale jednak - podane jest to w taki sposób, że człowiek rozumny rozsmakowuje się we "Wszystkich odlotach Cheyenne'a" jak w najlepszym daniu :-)

Kino drogi, kino przemyślane, kino zagrane ze smakiem i pełne odniesień oraz dźwięków - to jest właśnie to, po co warto siedzieć w kinowej sali...

niedziela, 15 kwietnia 2012

Elbląg

Elbląg - drugi i ostatni punkt wycieczki. Wiatr urywał głowę, nieustannie... Niebo skryło się za niekończącą chmurą, z której co chwilę atakowały nas drobne krople deszczu. 

No i do tego miejscowe dresy, których chciałbym serdecznie pogratulować mieszkańcom Elbląga. Byłem tam po raz drugi. I po raz ostatni jednocześnie - bo zawsze w tym mieście spotykam jakieś stado prymitywnych, pijanych skurwysynów, którzy samą swą egzystencją potrafią zepsuć człowiekowi radość ze spaceru.
Czy w tym mieście specjalnie hoduje się jakieś taki podgatunek człowieka?

A miasto ładne, zadbane, nawet "nowa-stara" starówka jest urocza :-)

Malbork

Rozpoczęcie sezonu wypadło w tym roku nieco później niż w 2011 r., ale od razu wypadło na coś bardzo duuuużego - zamek w Malborku :-)


piątek, 9 marca 2012

Elektrociepłownia Żerań


Dzięki dość absurdalnemu zbiegowi okoliczności i "Złotej Kaczce" miałem możliwość spędzenia kilku godzin w Elektrociepłowni Żerań. Tak się kończy branie udziału w konkursach, gdy nawet nie wie się, że jakiś konkurs się odbywa ;-)

środa, 29 lutego 2012

Wstyd

Obejrzałem "Wstyd" Steva McQueena bez żadnego przygotowania, bez żadnych oczekiwań. Idąc na seans przeczytałem tylko, że niby ma to być film "badający naturę seksu, bliskości i związków we współczesnym świecie.".
Czyli dramat psychologiczno-społeczny z erotyką w tle. 
Miał być...
Może nie miał być...
Albo wszyscy widzą w nim coś, czego ja nie zauważam?
A może to krytyka zachłysnęła się jakąś pierwszą opinią i potem już wszyscy pisali o tym filmie tylko te same konstrukty zdaniowe?

Przez ponad półtorej godziny podróżujemy przez codzienność uzależnionego od seksu faceta, który (chyba) nieustannym ryćkaniem próbuje zagłuszyć wyrzuty sumienia. Albo po prostu lubi ten sport. W międzyczasie pojawia się jego siostra. Jakby nieco upośledzona, przynajmniej emocjonalnie...

niedziela, 26 lutego 2012

Żelazna Dama

Idąc na film opowiadający o Margaret Thatcher człowiek z założenia spodziewa się dramatu polityczno-historycznego bazującego na pełnej biografii brytyjskiej premier. Tymczasem dostajemy jednak zupełnie inny film...

"Żelazna Dama" to historia nie twardego polityka a bardziej prywatna historia kobiety, która wspięła się na wyżyny polityki, pokazując, że płeć nie stanowi o słabości ale jednocześnie poniosła z tego tytułu ogromne koszta, zwłaszcza w życiu rodzinnym i prywatnym...

Margaret Thatcher poznajemy jako staruszkę, która próbuje rozliczać się z przeszłością i własnymi wspomnieniami i jednocześnie pokonać prześladujące ją omamy... Z tej właśnie perspektywy poznajemy jej historię - o tym jak z ambitnej córki sklepikarza przeistacza się w długoletniego premiera Wielkiej Brytanii.

Ale raz jeszcze trzeba zauważyć, że więcej tu starczej demencji niż wielkiej polityki. Bo reżyserka bardziej skupia się na problemach starszej pani niż na polityczno historycznym tle. Owszem, wędrujemy z główną bohaterką przez najważniejsze wydarzenia brytyjskiej polityki i dyplomacji, ale bez wyjaśnienia kto, po co i dlaczego.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Róża

"Róża" Wojtka Smarzowskiego wgryzła mi się pod czaszkę i tkwi już kilka dni po zakończeniu seansu. Bo to film wybitny ale i ciężki, zmuszający do myślenia ale przy tym bardzo brutalny...

Rzecz dzieje się tuż po zakończeniu II Wojny Światowej. Na ziemiach przyznanych Polsce, nieustannie rabowanych i gnojonych przez Armię Czerwoną, pojawiają się komuniści, niosący "jedyną słuszną" władzę. Wraz z nimi docierają tam też repatrianci z kresów wschodnich i pospolici szabrownicy. Ale to nie jest ziemia niczyja - prócz Niemców są tam jeszcze Mazurzy (nie uznawani zarówno przez Rzeszę jak i Polaków), traktowani jak element politycznie niepewny i zmuszani do opuszczenia kraju.

W tej przestrzeni pojawia się Tadeusz, żołnierz AK, który ma przekazać (tytułowej) Róży wieść o śmierci jej męża. Gdzie go poznał i dlaczego miał to zrobić - nie dowiadujemy się wcale. Niemniej jednak bohater zostaje na Mazurach i pomaga kobiecie bronić się przed gwałcicielami, złodziejami, czerwonoarmistami i inną pijaną swołoczą.

piątek, 10 lutego 2012

Zupełnie inny weekend

"Zupełnie inny weekend" to kolejny przykład nienormalności - znów okazało się, że zaokienne "minus pińcet stopni" nie jest przeszkodą w pójściu do kina ;-)

Historia jest prosta - dwóch gejów, spotkanie w knajpie, seks i postępujące zauroczenie. Wszystko w czasie jednego weekendu, połączone z dużą domieszką narkotyków, alkoholu i... zwierzeń. Do tego bardzo szybko dochodzi zapowiedź braku happy endu - jeden z bohaterów za kilka dni wyrusza na kilka lat do USA.

Zostajemy wpuszczeni z kamerą do świata głównych bohaterów - przebywając z nimi przez te dwa dni w prawie każdej możliwej sytuacji, niezależnie czy chodzi o spacer po lunaparku czy sceny intymne. I na tym polega urok tego filmu - nie ma tu ckliwej romantyczności, nie ma tu nadmiaru gejowskiej czy heterycznej ideologii - jest po prostu opowieść...

Podążamy więc za bohaterami, spędzamy z nimi czas i jakoś tak powoli dajemy się wciągać do ich świata, momentami zatracając całą otoczkę LGBT....

wtorek, 7 lutego 2012

Moja łódź podwodna

Po dłuższej przerwie przyszedł czas na "przeproszenie się" z kinem Muranów. Jakoś tam ostatnio bywało nazbyt hipstersko i pretensjonalnie a widownia zachowywała się jak bydło. Smutne to ale prawdziwe...

Trzaskający na dworze mróz sugerował, że niewielu znajdzie się amatorów dziesiątej muzy. O naiwności! Okazało się, że wariatów takich jak my, którzy przy -20 stopniach idą na seans jest całe mrowie :-) Bardzo optymistyczna niespodzianka - sala kinowa wypełniona była po brzegi a to oznacza, że nie jesteśmy sami w tym szaleństwie... Od razu trzeba tez zaznaczyć, że cały ten tłum zachowywał się tak jak powinien - nie przeszkadzając w odbiorze seansu :-)

"Moja łódź podwodna" to opowieść o dorastaniu w walijskim miasteczku. Bez fabularnych fajerwerków: jest sobie młodzieniec, taki nieco outsiderowaty, który chce stracić dziewictwo i uratować małżeństwo swoich rodziców, a wszystko to w sennej scenerii prowincji przełomu lat '80/'90 z nieustannie szumiącym morzem w tle :-)
Niby to wszystko już było, ale...

czwartek, 26 stycznia 2012

Sherlock Holmes: Gra Cieni

Dwa lata temu widzieliśmy pierwszą część przygód Sherlocka Holmesa (pisałem o niej TU). Wizja Guya Ritchiego była wtedy całkiem świeżym spojrzeniem na dość oklepany temat. Dużo akcji, dużo industrialu, jakieś takie estetyczne wysmakowanie i dobrze dobrani aktorzy.
Ot, kino rozrywkowe w bardzo dobrym wydaniu...

Druga część "Sherlock Holmes: Gra Cieni" zwabiła nas do sali kinowej już w kilka dni po premierze. Szliśmy więc przygotowani na dużą porcję zabawy, dynamiczne ujęcia i niegłupią fabułę.
Dodatkowym wabikiem było kilka niezamkniętych wątków z pierwszej części filmu, w sumie fajnie jest się dowiedzieć "kto zabił" oraz "po co to wszystko"

A potem zaczął się seans...
A ja poczułem się obrażony...

poniedziałek, 9 stycznia 2012

W ciemności

2011 rok zamknęliśmy filmem z Robertem Więckiewiczem a 2012 otworzyliśmy kolejną produkcją z jego udziałem ;-) Jeszcze trochę to i będzie do snu koił i rano do pracy budził... Bo już strach lodówkę otwierać... ;-)

"W ciemności" to opowieść o grupce lwowskich żydów, którzy ukrywają się przed zagładą w miejskich kanałach. Uciekając przed pewną zagładą zamieszkują w miejscu, teoretycznie, całkowicie do tego niemożliwym - w otoczeniu ścieków i szczurów. Mają jednak swojego "opiekuńczego ducha" - kanalarza Sochę, który (nie za darmo, przynajmniej na początku) pomaga im przeżyć i przetrwać w tym nieludzkim środowisku...
Gdzieś w tle przewija się też życie "na powierzchni" - delikatnie odmalowane zostają pozafrontowe realia czasu wojny i drobne fragmenty skomplikowanej układanki polsko-ukraińsko-niemiecko-żydowskiej... Do tego dochodzą obrazki z życia rodzinnego rodziny kanalarza i mamy całość historii...