Kolejnym przystankiem była wieś Rembów a w niej do zwiedzenia ruiny zamku. Znaleźć ów obiekt nie jest łatwo, oj nie... Tablice kierunkowe przy głównej trasie są ledwie widoczne, potem należy przejechać spory kawał gruntową drogą śród luźno rozrzuconych wiejskich zagród i znów rozglądać się za strzałką wskazującą zamek...
Jeśli pytać o drogę miejscowych, to okoliczni mieszkańcy posługują się specyficzną miarą odległości - tzw. "200 metrów rembowskich". W przeliczeniu na standaryzowaną tabelę miar oznacza to około 1,5 kilometra ;-) To taka drobna przestroga, żeby nie wpadać w panikę ;-)
Jeśli pytać o drogę miejscowych, to okoliczni mieszkańcy posługują się specyficzną miarą odległości - tzw. "200 metrów rembowskich". W przeliczeniu na standaryzowaną tabelę miar oznacza to około 1,5 kilometra ;-) To taka drobna przestroga, żeby nie wpadać w panikę ;-)
Za mostem należy kierować się w lewo! W lewoooo!!! A nie w prawo!!! Bo droga w prawo prowadzi donikąd. Uczulam. Nie popełniajcie tego błędu co my ;-)
Podsumowując: o samym zamku można sobie poczytać np. TU, TU lub TU. Mimo, że niewiele z właściwej budowli tu zostało, to miejsce ma w sobie jakąś magię. I warto tam iść, żeby obejrzeć przestrzeń absolutnie pozamiejską i pozaturystyczną. Jednak z drugiej strony szkoda, że jest aż tak zaniedbane i ukryte przed ludźmi...
A potem ruszyliśmy dalej. Bo dzień pierwszy jeszcze się nie skończył! ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz