czwartek, 30 grudnia 2010

Zwerbowana miłość

Rok się jeszcze nie skończył, więc należy zeń korzystać filmowo - mimo (albo raczej z powodu) panującej za oknem syberyjskiej aury... ;-)

Poszliśmy wczoraj na "Zwerbowaną miłość" w reżyserii Tadeusza Króla. Bez obejrzenia trailera czy przeczytania chociażby jednej recenzji - ot, niejako z marszu zawitaliśmy do sali kinowej, zapoznawszy się uprzednio z pojedynczą, lakoniczną informacją o filmie.
Spodziewałem się czegoś nieco głupawego, z rozbudowanym wątkiem romantycznym i scenami kryminalnymi kojarzącymi się z biedą polskiej kinematografii a tymczasem wyszedłem z kina całkiem zadowolony.

Fabuła filmu to opowieść o ostatnich dniach PRL, robiących wałki SB-kach, teczkach, miłości i próbie wykorzystania kobiety, co w efekcie przeciw owym wykorzystującym się obraca... Plus trochę historii, zbrodni, uczuć i wódki...
(na marginesie: mam jakieś dziwne skojarzenia z "Rewersem" i "Różyczką")
Ale ogląda się film całkiem przyjemnie. Opowieść przez cały seans zachowuje pozory logiki, aktorzy grają zupełnie przyzwoicie a wszystko to daje nam kilkadziesiąt minut spędzonych w sali kinowej, których nie odnajdujemy jako straconego czasu... :-)
Jeśli przy tym opowieść rzeczywiście została oparta na prawdziwej historii z czasów okrągłego stołu, to rodzi się kilka pytań o fakty, których zapewne nigdy nie poznamy. Fakty z czasów walki o władzę w dobie zmiany systemu oraz rwania sobie gwarantujących spokój i majętność kąsków przez oddających władzę...

Są jednak dwie rozbrajające rzeczy: wątek operacji plastycznej (w 1989 r., opłaconej przez mikrych tajniaków, i ja mam w to uwierzyć?!?!) oraz Wrocław udający Warszawę (aż taka bieda w kasie filmowców?). Nie łapię się na to wszystko. Ani troszkę ;-) Cokolwiek by nie powiedzieć - to jest przegięcie ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz