sobota, 22 stycznia 2011

Ajami

Kolejna wyprawa do kina nie zakończyła się, tak jak poprzednio, klęską na całej długości frontu. Tym razem zawiało nas na film w którym coś się dzieje ;-)
Obejrzane właśnie "Ajami" to kolejny obraz (po "Oczach szeroko otwartych" i "Meduzach") związany ze współczesnym Izraelem, ukazujący pełen tygiel nacji, które zamieszkują ów kraj.
Jest to opowieść bardzo brutalna i wbijająca w fotel, zwłaszcza, że ukazuje dosłowną walkę o przetrwanie w podłej dzielnicy. I to, że ciężko jest uwierzyć w happy end, niezależnie czy jest się żydem, muzułmaninem czy chrześcijaninem. Zwłaszcza jednak, jeśli należy się do społeczności wyznawców Allaha, spychanej (słusznie czy nie, to już zupełnie inna dyskusja) przez władze na margines społeczeństwa.

A ogląda się film rewelacyjnie - zwłaszcza, że jest on nakręcony w formie paradokumentu, co uwiarygadnia całą opowieść. Dostajemy dzięki temu historię bardzo realistyczną a przy tym dosłownie okrutną i depresyjną... I bardzo plastyczną...

I nie jest to obraz Tel-Awiwu, który dostajemy w wiadomościach. Zakładam, że jednak bliżej mu prawdzie niż nam się wydaje...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz