poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Meduzy

Dziwnym trafem ostatnio często zdarzają nam się w kinie filmy albo związane z Izraelem albo żydami. O tyleż zaskakujące, gdy człowiek zda sobie sprawę, że w ogóle nie znał ani kinematografii tego regionu ani filmów związanych ze współczesnym życiem wyznawców judaizmu... Bo karmieni jesteśmy albo tylko holokaustem albo "Skrzypkiem na dachu", co jest równie adekwatne jakby o Polsce wiecznie opowiadać z perspektywy "Nad Niemnem" i dajmy na to "Czterech Pancernych"...
Ale udało się obejrzeć (sporo po czasie, bo premiera miała miejsce w 2007 roku) kolejny film izraelski - "Meduzy" w reżyserskim duecie: Shira Geffen i Etgar Keret. Jest to swego rodzaju dramat w trzech odsłonach, z przeplatającymi się losami głównych bohaterów ale podany w bardzo ciekawym baśniowo-lirycznym sosie... Z dużą ilością intrygujących zabiegów fabularnych co sprawia, że ogląda się "Meduzy" z ogromną przyjemnością...
Mam również wrażenie, że ten film uruchamia pewne zakopane pokłady wrażliwości i rusza (wzrusza?) jaźń do pewnych form myślenia...

Ogromne brawa dla autorów należą się za postać małej, rudej dziewczynki. Niby banał a jednak zachwyca... :-)

Kolejny raz polecam. W pełni odpowiedzialnie :-)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz