sobota, 28 lipca 2012

2 dni w Nowym Jorku

Uwielbiam takie plakaty filmowe, na których ktoś podciera sobie tyłek cudzym nazwiskiem. Tak jak w przypadku "2 dni w Nowym Jorku", gdzie krzyczano z afisza "Woody Allen na obcasach"... :-)

Na miejscu Allena bym się obraził...

Film da się obejrzeć - temu nie zaprzeczę. Jest to zabawna komedyjka o różnicach kulturowych między francuzami a amerykanami. Bo ci pierwsi przyjeżdżają do Nowego Jorku i wywołują całą masę krytycznych sytuacji i pomniejszych końców świata. A zaś autochtoni też są jacyś tacy skomplikowani i dzięki temu otrzymujemy wybuchową mieszankę absurdalnych sytuacji, gagów i nieporozumień.

Czy to jednak wystarczająca mikstura, żeby coś zostało w głowie?

Ogląda się "2 dni w Nowym Jorku" z niekłamaną przyjemnością. I pośmiać się można i dowcip na całkiem przyzwoitym poziomie ale jednak brakuje filmowi czegoś, co sprawiłoby żeby zapadł w pamięć.

Bo wychodzi jakoś tak: dowcipy nie pozostają w głowie dłużej niż 5 minut po wyjściu z sali kinowej, fabuła sprowadza się do dwóch wyrazów (przyjechali - namieszali) a aktorstwo nie zachwyca...
I tyle...
Trochę uśmiechu latem.
Nic więcej, nic mniej...

I tylko pozostaje pytanie o owe zachwycone tłumy i oklaski na festiwalach, o których wspominano w recenzjach i opisach. Klakierzy czy zidiocenie odbiorców? :-)

Tak czy siak - pójść można, obejrzeć można, pośmiać można, zapomnieć również :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz